Czynniki psychologiczne wywołujące stres, determinujące występowanie chorób spowodowanych stresem

Do niedawna nie znaliśmy anatomicznych i fizjologicznych mechanizmów oddziaływania psychiki (myśli, wyobrażeń i uczuć) na ciało i jego stan. Od zarania dziejów tym, co łączyło mechanikę ciała i życie psychiczne była dusza, bo jakże inaczej można sobie wyobrazić oddziaływanie niematerialnej myśli na jakże realistyczne ciało i jego zachowanie.

Od stu lat, zgodnie z duchem czasu, zamiast używać wyjaśnień niezbyt empirycznie sprawdzalnych typu dusza, zastosowano naukę zwaną psychologią.

Psychologia (od gr. ψυχή psyche = dusza i λόγος logos = słowo, myśl, rozumowanie) jest nauką empiryczną, zajmującą się badaniem mechanizmów i praw rządzących zjawiskami psychicznymi oraz zachowaniami człowieka

Paradygmat (zbiór pojęć i teorii tworzących podstawy danej nauki) obowiązujący do XX wieku w medycynie, to model dualizmu kartezjańskiego, uznającego psychikę i ciało za całkowicie odmienne sfery. Jak bardzo Kartezjusz (1596-1650) się mylił, a wraz z nim cała dotychczasowa medycyna, wykazały dopiero ostatnie osiągnięcia psychoneuroimmunologii (nauki zajmującej się wpływem psychiki na fizjologię naszego ciała).

Co prawda, dobrzy lekarze od zawsze wiedzieli, że nastawienie psychiczne ma duży wpływ na proces leczenia, lecz była to wiedza raczej intuicyjna, a nie naukowa. Dziś dość dokładnie możemy prześledzić wpływ naszej psychiki na ciało (i odwrotnie) poprzez układ nerwowy, hormonalny i krwionośny. Mózg, który jest podstawową częścią Ośrodkowego Układu Nerwowego (OUN), w którym powstają nasze myśli, uczucia i wyobrażenia, faktycznie nie jest bezpośrednio połączony z większością organów naszego ciała, mało tego, raczej nie potrafi też sterować np. wydzielaniem insuliny czy kortyzolu do krwi. Jednakże to tylko pozory, gdyż w istocie poprzez okolice podwzgórza i przysadki mózgowej (części mózgu) steruje Autonomicznym Układem Nerwowym (AUN), a ten zaś gruczołami wydzielającymi hormony i regulującymi prace całego naszego organizmu. Ilość różnych hormonów i wydzielin, jak i skomplikowaność tego mechanizmu jest tak znaczna, iż długo nie potrafiono odkryć tych zależności. Potrzebne były mikroskopy o znacznej szczegółowości i rozwój technik neuroobrazowania mózgu, takich jak rezonans magnetyczny czy pozytronowy. Zatem zmiana paradygmatu o rozdzielności psychiki z ciałem na pełną jedność organizmu została niejako wymuszona poprzez rozwój nauki i techniki, a raczej specyficzne wykorzystanie tego rozwoju w medycynie. Bardziej szczegółowo opisuję to w dziale: PSYCHONEUROIMMUNOLOGIA.

Tu jednak interesują nas bardziej rodzaje uczuć i myśli, które mają wpływ na stres, a zatem i nasz układ odpornościowy, niż fizjologiczna analiza dokonujących się w naszych organizmach zmian i oddziaływań. Uświadomienie sobie psychicznych podwalin choroby daje możliwość leczenia tejże, a jeszcze bardziej zapobieganiu chorobie w przyszłości (profilaktyce np. onkologicznej).

Oddziaływanie na poziomie naszych przekonań, myśli i zachowań – również emocjonalnych, jest najlepszą drogą do trwałego i skutecznego leczenia chorób cywilizacyjnych, wywołanych stresem.

Główne czynniki psychologiczne wywołujące najgroźniejszy ze stresów - stres chroniczny (ciągły- stały) to:

  • bezradność (poczucie braku wpływu)
  • nieprzewidywalność (lęk przed nieznanym)
  • konflikt wewnętrzny (unikanie/dążenie)

Jak widać, są to czynniki dość powszechne i w zasadzie nie do uniknięcia, lecz można nauczyć się je inaczej przyjmować, a zatem znacznie ograniczyć ich szkodliwe działanie!

Dobrze znanym aspektem stresu (dokładnie „ogólnego zespołu adaptacyjnego”- wywołującego stres) jest wydzielanie kortyzolu (głównego hormonu stresu). To co dla psychologa w tych badaniach jest najbardziej fascynujące, to zależność ilości kortyzolu wydzielanego do krwi z kory nadnerczy od przewidywalności zdarzenia, czyli od funkcji poznawczych kory mózgowej (przecież zupełnie nie fizycznej czynności – myślenia, zwłaszcza przekonań i sądzenia).

Nieprzewidywalne i niedające się kontrolować zdarzenia powodują zwiększone wydzielanie się kortyzolu, zatem powodują większy stres! (Frankenhaeuser, 1980, 1986). To niby oczywiste stwierdzenie ma swoje doniosłe konsekwencje naukowe, gdyż znaczyłoby to tyle, iż mózg, a raczej jego funkcje poznawcze oddziaływują bezpośrednio na wydzielanie hormonów nadnerczy. Już w okresie prenatalnym kształtuje się połączenie nerwowe bezpośrednio łączące nadnercza i podwzgórze, tworząc niejako pętlę sprzężenia zwrotnego (Vernikos-Danellis i Herbach, 1980). A przecież przez wieki utrzymywano, iż sfera psychiczna jest odrębną częścią człowieka i nie zarządza (nie wpływa) na ciało. Nie można było sobie wyobrazić, iż właśnie sama myśl uruchamia procesy fizjologiczne i co za tym idzie, również odpornościowe organizmu. Dotąd było przyjęte, iż to reakcje chemiczne w naszym organizmie sterują nim, zatem wyciągnięto wniosek, że trzeba interweniować na poziomie chemii organizmu, zupełnie przy tym pomijając, że przecież tą chemię powinien tworzyć sam organizm (teraz już wiemy, że tworzy). Ingerując sztucznie poprzez podawanie preparatów zaburzamy jedność i spójność organizmu. Zatem, co prawda, mamy szybki efekt, jednakże nietrwały, gdyż leczymy skutek, a nie przyczynę!

W świetle tych stwierdzeń jakże inaczej wyglądają niektóre „cuda” i samo uzdrowienie. Czyżbyśmy dotarli do rejonów przez wieki oddane we władanie magom i różnej maści uzdrowicielom? Czyżbyśmy obdarli „cuda” ze swej cudowności?

Pozostańmy raczej na gruncie empirycznej nauki, nie bardzo się przejmując naruszaniem magiczności, a skupmy się na praktycznych wnioskach do zastosowania w leczeniu i zapobieganiu. Zatem podstawową przyczyną szkodliwego stresu jest nieprzewidywalność i niekontrolowaność, przeradzająca się najczęściej w bezradność.

Czy takie poczucie występuje u wszystkich z jednakowym nasileniem?

Przecież raczej wszyscy się zgodzą, iż świat jest obiektywnie taki sam, tyle że różnie go odbieramy przez pryzmat naszych myśli i przekonań.

Co wiec stanowi, iż jedni czują się bezradni, a inni nie? Czy tylko zdarzenia, które nam się przydarzają? Czy przydarzają się nam zupełnie bez naszego udziału? Jaki zatem mamy wpływ na kształtowanie własnego losu?

Na czym polegają różnice w postrzeganiu możliwości wpływania na własny los?

Te pytania wyraźnie kierują nasze zainteresowanie nie na sam stresor (zdarzenie), co na naszą osobowość, a dokładniej na nasze zasoby, które pozwalają poradzić sobie z sytuacją lub nie widzimy takiej możliwości sprostania sytuacji. To od tego, jak ocenimy zdarzenie (stresor), zależy nasza reakcja. Zatem możemy naszą ocenę sytuacji podzielić na dwa etapy: pierwotny – to ocena jak dane zdarzenie wpłynie na naszą sytuację i wtórny – czy mam odpowiednie zasoby, aby uporać się z tą sytuacją.

Łatwo to sobie wyobrazić, jeżeli podstawimy do naszego przykładu konkretne osoby.

Osoba majętna, o ustabilizowanych dochodach np. prawnik czy lekarz, zupełnie inaczej spojrzy na wysoki rachunek za prąd, niż osoba ledwo „wiążąca koniec z końcem” (tu nie trzeba podawać specjalnie przykładu, gdyż to znaczna cześć społeczeństwa). Przecież rachunek może być dokładnie taki sam, czyli obiektywnie rzecz biorąc stresor jest stały, lecz ocena wtórna - czy mam zasoby, determinuje odpowiedź o poziom stresu w organizmie.

Co jeszcze ciekawsze, nie jest ważne czy naprawdę posiadamy te zasoby, ważne abyśmy byli przekonani, iż poradzimy sobie z tym problemem. Doświadczenie uczy, iż nie tyle jest ważne czy naprawdę jesteśmy zasobni np. finansowo czy też w talent muzyczny, lecz wystarczy przekonanie, że jesteśmy zasobni do rzeczywistego osiągnięcia założonych celów. Niekoniecznie wszystkim podoba się taki występ np. w Sopocie, ale cel - zaśpiewanie w Sopocie został osiągnięty!

Przekonanie, że posiadamy wystarczające zasoby, aby pokonać trudności życia, wiąże się bezpośrednio z samooceną.

Samoocena jest kluczowym zagadnieniem dla naszej psychiki, integralności ego, tożsamości, akceptowania siebie i własnego życia. To również klucz do unikania większości stresów, jak i leczenia oraz zapobiegania chorób związanych ze stresem.

Samoocena jak widać determinuje ocenę wtórną stresorów (zdarzeń) i to ona pozwala na efektywną zmianę zagrożeń na szanse życiowe. Tyle tylko, iż właśnie niska samoocena leży często u podłoża podatności na stres, a co za tym idzie, na choroby związane ze stresem.

Zatem osoby skarżące się na zbyt duży stres w swoim życiu zazwyczaj mają problem z właściwą samooceną i akceptacją samego siebie. Tym zatem powinna zająć się nasza terapia na pierwszym miejscu i właśnie od tego zacząć. Jednakże trzeba pamiętać, iż każda osobowość to skomplikowany i zależny układ. Niewiele pomoże tu masowanie stóp czy smarowanie się błotem; choć przyjemne, to zmieniają nasze samopoczucie tylko na chwilę. Zmiany, które chcemy dokonać w osobowości, wymagają głębokiej i rzetelnej terapii, aby naprawdę były skuteczne i trwałe.

Bezradność

Jak bardzo nasze przekonania (czyli właśnie samoocena) mają wpływ na zdolność radzenia sobie ze stresem, a wręcz zdolność samouzdrawiania, pokazują doświadczenia na zwierzętach. Chodzi tu konkretnie o wyuczoną bezradność lub jej przeciwieństwo.

Wyuczona bezradność była obserwowana zarówno u zwierząt, jak i u ludzi, np. obszary po PGR-owskie, gdzie ludzie całymi wioskami żyją bez pracy, gdyż nie wierzą, iż jakąś pracę mogliby znaleźć. Zjawisko to (wyuczona bezradność) znane jest od lat i badane było wielokrotnie.

Badanie, które przytoczę (Seligman, 1975), najkrócej można by streścić: zwierzęta (w tym badaniu psy) zamknięte w klatce rażone były prądem poprzez metalową siatkę na podłodze. W jednej klatce psy mogły uciec do innej klatki i tak oto uniknąć szoku elektrycznego, a w drugiej mimo ucieczki dalej dostawały tenże bodziec. Po wielokrotnym powtórzeniu tego działania psy z klatek, w których niezależnie od tego, co robiły i tak były rażone prądem, przestawały działać (leżały bez ruchu bez względu, co się działo dalej). Nawet jeżeli zaprzestano rażenia w drugiej klatce, do której mogłyby uciec, aby uniknąć rażenia i tak pozostawały bierne!

Wyuczono je bierności i bezradności. Na podstawie swoich pierwotnych doświadczeń doszły do wniosku, iż nie są w stanie zmienić swego położenia. Mimo zmieniającej się sytuacji one nie zmieniają już wyuczonego przekonania! Tak właśnie dzieje się również z ludźmi. Zjawisko to nazywamy wyuczoną bezradnością. Stan taki charakteryzuje się również depresją i niezwykłą podatnością na choroby (psy tak potraktowane w krótkim czasie zdychały, mimo braku rażenia prądem).

Podejrzewamy, iż wysoki poziom stresu wytworzony w tej sytuacji, wynikający z bezradności, obniża poziom obronności układu immunologicznego, co prowadzi do szybkiego zainfekowania organizmu i rozwoju wszelkich chorób genetycznie uwarunkowanych (nie powoduje to raczej inicjacji np. raka, tylko jego promocję, aktywację).

Na tym przykładzie widać, jak groźny jest stres i bezradność (brak poczucia wpływu na sytuację).

Stres nie jest tu czynnikiem determinującym, lecz właśnie bezradność.

Wykazały to badania na szczurach z odrzuceniem wszczepianego guza onkologicznego (Visintainer, Volpicelli, Seligman, 1982). Schemat badania był podobny do poprzedniego, z tym że szczury w tym badaniu miały jeszcze dodatkowo wszczepiany guz nowotworowy. Okazuje się, iż najlepiej radziły sobie te zwierzęta (odrzucały raka w największym procencie), które mogły zmienić klatkę! (Na drugą bez rażenia prądem). Zadziwiające jest to, iż radziły sobie dużo lepiej niż szczury niepoddane temu procederowi rażenia, a tylko z wszczepionym guzem. Zatem możemy wyciągnąć wniosek, iż stres w tym wypadku nie tylko nie zaszkodził, ale nawet uwarunkował zwierzęta do walki z rakiem. Dało to wymierny skutek w efektywniejszym odrzucaniu wszczepianego raka.

Dlaczego zatem nie wykryto tego wcześniej? Wydaje się, iż pokutuje tu podejście biomedyczne, które pyta: dlaczego organizm choruje, a nie co go uzdrawia?

Stwierdzenie wzrostu odporności w takich badaniach (Laudenslager, 1983) daje niedocenianie możliwości w leczeniu i zapobieganiu raka (również innych chorób związanych ze stresem). Wydaje się, iż istotą tego leczenia jest zmiana postawy i pozbycie się wyuczonej bezradności. To może zdziałać tylko rzetelnie przygotowana i przeprowadzona terapia.

Konflikt wewnętrzny

Jeżeli uświadomimy sobie, iż nasz mózg to narząd ukształtowany w różnych okresach naszego rozwoju (filogenezie) i zawierający jakby trzy oddzielne mózgi z trzema różnymi priorytetami działania, to oczywiste stanie się, iż mamy w sobie zaprogramowany konflikt wewnętrzny, niejako wbudowany genetycznie.

Najstarsza część mózgu to mózg tz. „gadzi”, czyli pień mózgu i móżdżek, odpowiedzialny za wszystkie nasze czynności fizjologiczne: oddychanie, pracę serca, reakcje fizjologiczne i prokreację.

Część okalająca pień mózgu i tworząca jakby krąg w śródmózgowiu, nazwany układem limbicznym, odpowiada za nasze reakcje emocjonalne.

Dopiero część najmłodsza filogenetycznie, która rozwinęła się najpóźniej w naszym rozwoju, kora nowa (potocznie nazywana korą mózgową), okalająca część limbiczną mózgu, będąca wierzchnią warstwą mózgu, odpowiada za procesy myślenia i rozumowania.

Zatem trudno się dziwić, iż często doznajemy konfliktu między biologiczną koniecznością (np. rozmnażania), uczuciem i rozsądkiem, gdyż są to niejako domeny działania trzech różnych „mózgów”, o różnych priorytetach i potrzebach. Wydaje się, iż nasze człowieczeństwo polega właśnie na posiadaniu kory mózgowej i jej dominacji nad innymi częściami mózgu, ale proszę wpłynąć na „mózg gadzi” i zatrzymać pracę serca siłą racjonalnego myślenia kory mózgowej. Na szczęście raczej nam się to nie uda.

Konflikt wewnętrzny obrazowo możemy przedstawić jako jednoczesne naciskanie w samochodzie pedału gazu i hamulca. Zapewne nie przyniesie to nic dobrego dla samochodu, tak samo jak dla naszego organizmu nie przynosi nic dobrego konflikt wewnętrzny. Konflikt taki najczęściej odbywa się na nieświadomym poziomie, a jeśli już jesteśmy świadomi, to tylko jego jednej części, dążenia lub unikania.

Tłumienie jednego z elementów (dążenia lub unikania) wiąże się z dużym, stałym stresem, a to jak pamiętamy z wcześniejszych tekstów jest najgroźniejszą postacią stresu. To on, stres chroniczny, prowadzi do większości chorób związanych ze stresem.

Najczęściej czujemy konflikt w sytuacjach, gdy głowa (rozum) mówi jedno, a serce (uczucia) co innego, np. u dentysty. Jednak to są konflikty pomiędzy naszym racjonalnym myśleniem a emocjami, łatwe do uświadomienia i na ogół rozwiązywane pod wpływem silnych emocji (w tym wypadku bólu). Takie konflikty z punktu widzenia stresu są raczej niegroźne, jednak najczęściej rozpatrywane, określane jako dążenie - unikanie. Typowe przykłady to: skok z samolotu ze spadochronem czy ślub. W obu przypadkach jest element dążenia – chcemy to zrobić i unikania – boimy się to zrobić.

Wbrew pozorom groźniejsze są konflikty dążenie – dążenie (wybór między dwoma pannami/kawalerami do ślubu) lub unikanie – unikanie, czyli wybór mniejszego zła (np. maltretowana żona rozważa czy odejść od męża, czy też pozostać dla dobra dzieci. Pomijam tu rzeczywiste dobro dzieci, które jest wątpliwe w takim związku, lecz dla żony to konflikt realny i jakże bolesny). Jak widać, szczególnie konflikt unikanie - unikanie jest groźny, wytwarza szczególną ilość stałego stresu.

Konfliktem wewnętrznym możemy też nazwać „dysonans poznawczy” (Festinger, 1957), kiedy dwa elementy rzeczywistości wzajemnie stoją w sprzeczności. Np. palacz wie, iż palenie wywołuje choroby (rak, nadciśnienie, miażdżycę itd.), ale jednak pali dalej, gdyż jest to dla niego przyjemnie. Znowu mamy konflikt racjonalnego myślenia z motywacją opartą na doznaniach (uczuciach) nawet, jeśli palacz będzie zaprzeczał, iż jest to dla niego przyjemne (wyraźniej to widać na alkoholikach lub seksoholikach, wystawiających się na krytykę i utratę zdrowia). Walka, która odbywa się w naszym organizmie, dokładniej w naszej psychice, naraża nas na zwiększony poziom stresu, zatem na osłabienie naszej odporności immunologicznej.

Najgroźniejsze z konfliktów to konflikty nieuświadomione, czasami gryzące nas całe życie, np. od wczesnego dzieciństwa (konflikt z rodzicami lub kimś z rodziny). Konflikt taki opiera się na podwójnym wiązaniu, tj. jednocześnie kochamy rodzica i go nienawidzimy!

Wyobraźmy sobie krzywdzone dziecko, przecież ono naturalnie kocha i ufa rodzicowi, jednakże to, co rodzic mu robi, stoi w sprzeczności z jego miłością i zaprzecza niejako wartości dziecka. Dziecko czuje się odrzucone i poniżone, upatrując w tym swoją winę i to, iż nie dość dobrze się stara. Takie poczucie winy pozostaje na zawsze, choć zaciera się w pamięci, to jednak pozostaje jako uczucie bycia kimś gorszym czy niegodnym!

Konflikty nieuświadomione, nie tylko te z dzieciństwa, są groźne, gdyż wiążą się z całym kompleksem uczuć i sądów o sobie, zupełnie nieuprawnionych i często błędnych. Jednakże właśnie dlatego, że są nieuświadomione, nie bardzo da się coś z tym zrobić, a mimo tego wydatnie szkodzą naszemu zdrowiu poprzez bagaż stresu, który najczęściej ze sobą niosą. Rozładowują się często w naszym ciele poprzez różne choroby somatyczne. Najczęściej jest to podwyższone ciśnienie krwi, gdyż jest stale aktywowany układ współczulny AUN i wydziela się zwiększona dawka kortyzolu, tym samym powodując zwiększenie tolerancji i zmniejszenie odporności układu immunologicznego.

Konflikty wewnętrzne, ukryte i noszone od dzieciństwa, często w psychoterapii dość łatwo się ujawniają i po ich werbalizacji przestają być groźne.

Dlatego dobra psychoterapia może zdziałać „cuda” w chorobach somatycznych (chorobach naszego ciała), mimo iż nie ingerujemy w ciało, a tylko i wyłącznie w „balast” naszych konfliktów wewnętrznych, czyli coś zupełnie abstrakcyjnego i dotyczącego sfery myśli.

Emocje gromadzące się od lat w takim konflikcie rozładowuje się jednorazowo, dlatego mogą wystąpić bardzo gwałtownie i nieoczekiwanie. Ma to pożądaną rolę „katharsis” (oczyszczenia), zazwyczaj rozładowuje jednorazowo również stres nagromadzony w ciele przez lata.

Nieprzewidywalność – lęk przed nieznanym

Nieprzewidywalność jest naturalnie związana z lękiem. Nie trzeba szczególnych przykładów, aby każdy sobie uświadomił, iż pojmowanie świata jako nieprzewidywalnego budzi lęk.

Lęk jest uogólnionym strachem (strach jest wiązany z obiektem strachu). Najczęściej lęk jest głęboko skrywany i mamy wiele mechanizmów obronnych, które mimo tego pozwalają nam jakoś żyć.

Nieprzewidywalność procesów społecznych i zdarzeń jest związana z poziomem wykształcenia, również sprawnością intelektu. Z łatwością da się wykazać, iż profesorowie uniwersyteccy żyją najdłużej i to niezależnie od kraju i jego poziomu rozwoju. Zapewne ma to wiele wspólnego z poziomem wiedzy, a zatem i poziomem lęku. Jednakże nie jest to tak prosta zależność, jak ją w tej chwili przedstawiam, aby uwypuklić związek lęku z poziomem wiedzy.

Rozumienie świata, przewidywalność procesów i zasób informacji o nim (również procesów społecznych i psychicznych jednostki się w tym zawiera) prowadzi do postrzegania świata jako sensownego i zorganizowanego. W znacznym stopniu zmniejsza to jego nieprzewidywalność, a zatem i lęk przed nim. Widać z tego stwierdzenia wniosek, iż wiedza daje znakomite remedium na wiele lęków, jednak niestety nie przekłada się to tak bezpośrednio, gdyż aby ją posiąść, musimy mieć pewne możliwości intelektualne i cechy osobowości. Tych ostatnich, niestety, najczęściej brakuje albo są nieodpowiednie do tego celu. Tu właśnie często potrzebna jest terapia nawet u osób, które nie zamierzają się już uczyć, bo to jednak jest jakaś droga do zmniejszenia lęku i nieprzewidywalności świata.

Wiedza nawet w ograniczonym wąskim zakresie w jednej dziedzinie diametralnie zmienia samoocenę, o której czytamy powyżej jako podstawowym czynniku anty stresowym. Daje poczucie wartości, sensu w życiu i poczucie użyteczności – przynależności do społeczeństwa.

Wzmacnia poczucie koherencji (spójności) osobowości sterowalności swoim życiem. Nieznane jawi nam się wtedy jako ciekawe i warte poznania, a nie coś zagrażającego czy wywołującego lęk. Sensowność daje poczucie, że warto jest się angażować i inwestować, że mamy wpływ na kształtowanie naszego życia i dalecy jesteśmy od bezradności.

Zatem znowu widać, iż wszystko łączy się w jedną całość i nie da się „reperować” kawałka organizmu, tylko ciała (mając na uwadze tylko choroby wywołane stresem), gdyż on stanowi jedność, a wszystko zaczyna się od myśli, przekonań, wyobrażeń i związanych z nimi emocji! Te z koleii oddziaływują w sposób bezpośredni na nasze samopoczucie, a pośredni na nasze zdrowie somatyczne (zdrowie naszego ciała).



Zobacz również: